Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chardonnay. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chardonnay. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Winnica Zawisza - wina z polskiego bieguna ciepła

Za niespełna tydzień w Warszawie odbędzie się VIII Konwent Polskich Winiarzy. Polskim winom na Stadionie Narodowym powinno pójść lepiej niż naszym piłkarzom. Przy tej okazji warto zastanowić się, gdzie w Polsce można znaleźć dobre wina? Wszędzie, ale na pewno warto zacząć od okolic Tarnowa - letniego bieguna ciepła. Jeśli dodamy do tego niewysokie wzgórza, które sprzyjają odpływaniu zimnych mas powietrza w czasie wiosennych przymrozków oraz zapewniają większą ekspozycję krzewów na słońce, szanse na dobre wino rosną. Tutejsi winiarze zrzeszeni są w szeregach Tarnowskiego Bractwa Winiarskiego. Swoje talenty organizacyjne ujawnili chociażby w 2011 roku, organizując na zamku w Janowicach jedną z ważniejszych cyklicznych imprez winiarskich w Polsce – Święto Polskiego Wina. A jak idzie im w winnicy i piwnicy?

Winnica Zawisza znajduje się w oddalonej o kilka kilometrów od Zakliczyna Brzozowej. Mariusz Chryk swoje pierwsze wino zrobił w wieku 17 lat, ale jak zapewnia, wypił je będąc już pełnoletnim. Wtedy mieszkał jeszcze, nomen omen, na Ziemi Lubuskiej. Dalsze szlify zdobywał w szwajcarskim Valais i w burgundzkim Beaujolais. Jego winnicę w Brzozowej, oprócz takich vinifer jak riesling, chardonnay, muscat ottonel czy dornfelder, porastają odmiany hybrydowe. Przy doborze hybryd Mariusz nie kieruje się jednak ilością szóstek w nazwie. Stara się raczej, mozolną metodą prób i błędów, dobrać do podtarnowskiego terroir takie odmiany, które na tutejszych ilastych glebach dają najlepsze efekty. Ponadto, stawia też na te z dużym udziałem Vitis vinifera. Ma być nie bardziej hybrydowo niż być musi – powtarza. Stąd w Brzozowej łatwiej o johannitera i regenta niż o seyval blanc czy leon millot.

dojrzewający monarch w Winnicy Zawisza | fot. Mariusz Chryk

Johanniter 2011 był niezły i co ważniejsze, pozostawiał wrażenie, że wciąż ma spore rezerwy. Muscatem Ottonelem 2009 można by z powodzeniem wprawić w kompleksy niejednego węgierskiego, czy alzackiego imiennika. Muscat, po prawie 4 latach, zachowywał się jak młodzieniaszek. Utrzymał wszystkie swoje kwiatowo-winogronowe atuty, a w ramach podtarnowskiego terroir, błysnął zaskakująco żywą kwasowością i mineralnym powiewem. Półwytrawne Chardonnay 2011 zaskoczyło wyjątkowo bogatym nosem. Były tam cytrusy, biały pieprz, melon i trochę przeżutych landrynek. Wraz ze wzrostem temperatury robiło się coraz bardziej mineralne. Wino nie poległo również w trudnej sztuce balansowania między słodyczą, a kwasowością. Czerwony Rubin 2011 (cabernet carbon, monarch, regent) pachniał świeżą czarną porzeczką i konfiturą z jeżyn. Słodycz przechodziła niemal przez nos, tak że można ją było poczuć na języku. W smaku było dużo leśnych owoców z przyjemnym finiszem kawy frappé. Wyrazista kwasowość dodawała Rubinowi głębi. Wyczuwalny był niewielki cukier resztkowy, jak również delikatne bąbelki na języku przypominające, że jakaś jego cześć zdążyła polec w wojnie z drożdżami.

Chardonnay 2011 i Rubin 2011| fot. Szczepan Jany

Winiarski Tarnów nabiera prędkości. I chociaż na razie mówi się o tym mieście głównie w kontekście speedway’a, wkrótce może się to zmienić.

wtorek, 16 kwietnia 2013

Coteaux Champenois - białe wino z Szampanii


Gaidoz Forget, bezrocznikowe, szczep: chardonnay, apelacja: Coteaux Champenois, region: Szampania, kraj: Francja.
O produkcji w Szampanii vin tranquille (win niemusujących) z apelacji Coteaux Champenois pisałem już tydzień temu. Oprócz wyjątków potwierdzających regułę (wina Bouzy Rouge czy Rosé des Riceys) producenci szampanów niechętnie sprzedają wina bez bąbelków. Przede wszystkim służą im one do komponowania wina bazowego dla szampana. Nieznaczne ilości są również dodawane po zakończeniu drugiej fermentacji i usunięciu z butelki martwych drożdży. Ma to na celu uzupełnienie jej objętości i lekkie utemperowanie kwasowości szampana.

Szampania dla szampanów, zdają się powtarzać od Reims, aż po południowe krańce departamentu Aube. Z największych domów szampańskich vin tranquille sprzedaje chyba tylko Bollinger. Jego La Côte aux Enfants ma co prawda świetną opinię, ale kosztuje bagatela 60 Euro, co czyni je atrakcyjnym tylko dla najbardziej zwariowanych kolekcjonerów wina. Sporadycznie niewielkie ilości vin tronquille sprzedają również mniejsi producenci. W takich sytuacjach trudno czasem oprzeć się wrażeniu, że czyszczą w ten sposób piwnice, pozbywając się niewykorzystanego „materiału” do produkcji szampana. Właśnie takie wrażenie towarzyszyło mi, kiedy stała przede mną butelka od Gaidoz Forget. Pomysłowemu winiarzowi z Ludes udało się zakorkować swoje vin tranquille, używając do tego maszyny do butelkowania win musujących i kawałka metalu.
takie rzeczy tylko w Szampanii
Wygląd: wino było lekko mętne o złotej barwie z przybrudzonym brązowym refleksem
 
Nos: dużo dojrzałych jabłek i pocięta w plasterki cytryna. Oprócz tego wyczuwalna w nosie przyjemna mineralność;

Smak: tyle razy słyszałem, że wina Coteaux Champenois to coś, po czym już nic nigdy nie będzie kwaśne, że do konfrontacji z vin tranquille od Gaidoz Forget szykowałem się niemal jak na wojnę. Z drugiej strony, jako zdeklarowany miłośnik kwasowości w winie przeczuwałem, że będzie przyjemnie. I tak też było. Solidna kwasowość, jawiąca się smakiem limonki i jabłek papierówek, dominowała niepodzielnie, ale ani na chwilę nie paraliżowała, nie wprowadzała chaosu i nie wzbudzała popłochu. Wino było jak czarno-białe zdjęcie, niby nienowoczesne i monotonne, a jednocześnie doskonałe w prostocie;
Coteaux Champenois od Gaidoz Forget
Cena: 10 EUR. Coteaux Champenois od Gaidoz Forget to prawdopodobnie najbardziej autentycznych wino, jakie miałem okazję pić. Poczynając od zamknięcia butelki, na smaku kończąc. To prawdziwy powrót do winiarskich korzeni, a fakt że wydaje się tak dziwne, świadczy tylko o tym, jak daleko dzisiejsze wina odeszły od swoich źródeł.

wtorek, 14 lutego 2012

Szampan Bollinger Special Cuvée

Wielki i niezależny


Bollinger, Special Cuvée, odmiany: Pinot Noir 60%, Chardonnay 25%, Pinot Meunier 15 %, apelacja Champagne AOC: kraj: Francja.
Bollinger wyróżnia się spośród największych producentów szampana tym, iż jako jeden z nielicznych pozostaje firmą, a właściwie holdingiem, rodzinnym. O takich zwykło się mawiać producenci niezależni. Innymi słowy, szampany Bollinger nie stały się jedynie marką wielkich grup kapitałowych, jak ma to miejsce z większością butelek renomowanych domów szampańskich. Nie zmienia to jednak faktu, że Bollinger to wciąż gigant, produkujący wina w kilku apelacjach we Francji, a nawet w Australii. Nie uda mi się więc dzisiaj spróbować „wiejskiego” szampana od bezimiennego bohatera stawiającego czoła, coraz bardziej obecnej także w świecie wina, globalizacji. Mam jednak przynajmniej pewność, że producent którego nazwa widnieje na etykiecie, nie produkuje oprócz wina biżuterii, torebek, perfum czy zegarków. Jest zdecydowanie bardziej winiarsko, niż chociażby w przypadku wielkiego koncernu Louis Vuitton Moët Hennessy;
Wygląd: wino miało dość ciemny złoty kolor. W szampanach Bollinger ciemna barwa nie może dziwić, biorąc pod uwagę duży udział w kupażu Pinot Noir i 3 letni - dość długi jak na warunki szampańskie - czas drugiej fermentacji i dojrzewania w butelce. Bąbelków było dużo i odznaczały się wyjątkową ruchliwością, zupełnie jak roczne dziecko mojego przyjaciela;
Nos: Bollinger pachniał masłem, drożdżami i znanym u anglosasów ciastem apple crumble – czyli połączeniem masła, kruszonki i pieczonych jabłek z odrobiną cynamonu. Zresztą pachniało nie tylko pieczonymi jabłkami, ale też tymi surowymi;
Smak: kwasowość zdecydowanie ujarzmiona przez wywindowany chyba do górnej dopuszczalnej granicy brut (15 g/l) cukier. Apple crumble, które mogłoby wieść prym w smaku, gdzieś się rozpłynęło. Poza tym większość czerwonych jabłek zastąpiły, mniej wyraziste - zielone. Zrobiło się trochę zbyt płasko i neutralnie;
Cena: 32 EUR. Nos zapowiadał wielkie emocje, ale w smaku Bollinger był zbyt zachowawczy. Okazał się tylko nieznacznie pełniejszy niż solidna hiszpańska Cava. Oczywiście musimy pamiętać, że Special Cuvée to podstawowa etykieta Bollingera. Z drugiej strony, to właśnie takie wina trafiają do najszerszej grupy odbiorców, wykuwając bądź podkopując dobre imię producenta. Podsumowując - nos o piętro wyżej niż usta, plus mały punkcik za niezależność producenta.
Pewnie nie raz zastanawialiście się co wpływa na wyższą niż pozostałych win cenę szampanów. Zdecydowana większość nasuwających się odpowiedzi dotyczy rygorystycznych przepisów tamtejszej apelacji. Ja do wszystkich Waszych uzasadnionych winiarsko koncepcji dodam z przymrużeniem oka jeszcze jedną. Nigdy nie odwiedzałem tak rozbudowanych graficznie i dźwiękowo stron internetowych, jak tych należących do domów szampańskich. Może zapłacone za butelkę szampana pieniądze trafiają nie tylko do winiarzy, ale i do kieszeni tamtejszych informatyków?!

niedziela, 11 grudnia 2011

Puligny-Montrachet białe wino z Burgundii

Wiejskie wino z Burgundii

  1. Bouchard Père & Fils, 2007, odmiana: Chardonnay, apelacja: Puligny - Montrachet AC, region: Burgundia – Côte de Beaune, kraj: Francja.
    Côte de Beaune przez wielu jest uważane za miejsce gdzie powstają najlepsze białe wina na świecie. Jeszcze większa liczba osób opinię tę po prostu powtarza. Wydaje się to jednak lekkim uproszczeniem, jako że tutejsze wina mają swój bardzo wyrazisty styl. Jeśli komuś on nie odpowiada, to Côte de Beaune dla niego takim miejscem być nie powinno. Wina mogą być najlepsze, ale zawsze w odniesieniu do konkretnych gustów. Tak jak nie ma najładniejszego i najbrzydszego koloru. I to, że większość ludzi uważa różowy za ładniejszy od czarnego, wcale tego stanu rzeczy nie zmienia;
  2. Wygląd: jasnożółte wino z zielonkawym refleksem. Po tym winie spodziewałem się nieco ciemniejszej barwy. To Puligny - Montrachet przypomina bardziej „wiejskie” Chablis (z dość rozległej apelacji Chablis AC) niż reprezentanta wielkiej białej trójki z Côte de Beaune: Meursault, Puligny-Montrachet, Chassagne-Montrachet;
  3. Nos: jabłka, ale nie te pierwotne - świeże zielone, a raczej na różny sposób przetworzone. Pachniało gorącą, wyjętą prosto z pieca szarlotką, startymi na drobnej tarce jabłkami pozostawionymi na kilka godzin, upieczonym w całości jabłkiem polanym odrobiną miodu. Był oczywiście, tak charakterystyczny dla Côte de Beaune mineralny uścisk, który przejawiał się zapachem ropy naftowej, było masło, dojrzały melon i odrobina stłamszonej przez jabłka gruszki;
  4. Smak: dla win takich właśnie jak to używam w swoich opisach czasu przeszłego. Chcę mieć możliwość podkreślenia, że w winach nie wszystko dzieje się w jednym momencie. Zaczęło się od mocnej kwasowości i drewnianych żerdzi w starym płocie. Niemal jednocześnie ujawniły się ostre, choć bliżej nie określone, przyprawy. Po chwili wino zaczęło wyraźnie smakować ropą naftową. Było tłuste jak racuchy, które w dodatku ktoś posmarował masłem. Finisz, już wyraźnie maślano-beczkowy, a czas w jakim je czułem w ustach, na pewno trzeba by liczyć w minutach. Wysoki 13,5% alkohol był zupełnie niezauważalny w obliczu ogromu wrażeń niealkoholowych;
  5. Cena: 29 EUR choć do najniższych nie należy, to dostarczone wrażenia ją rekompensują. Puligny-Montrachet od rodziny Bouchard okazało się winem złożonym, a jednocześnie wyjątkowo, jak na taką ilość doznań, uporządkowanym. Warto przy tym pamiętać, że jest to najbardziej podstawowa – „wiejska” apelacja, w której grona mogą pochodzić z każdej winnicy leżącej w granicach gminy Puligny-Montrachet. Aż strach pomyśleć jak smakowałoby Premier Cru, czy Grand Cru, no i ile by kosztowało.
Na pejzaż północnej Burgundii, oprócz łagodnych wzniesień, składają się wielcy producenci (négociants) którzy kupują wszystko co z winem jest związane - od owoców, poprzez gotowe wino które później mieszają, na winnicach kończąc. To właśnie oni zajmują honorowe miejsce na burgundzkich etykietach, sprzedając często wina z wielu apelacji. W Burgundii zdają się więc obowiązywać proste, acz bezwzględne zasady. Im jesteś większy, tym więcej możesz i tym bardziej mali pracują na twój sukces. Do twardych zasad Côte d’Or dodałbym jeszcze tę, że cena (a przeważnie i jakość) wina rośnie wraz z wysokością położenia winnicy na tamtejszych łagodnych wzniesieniach. Im bliżej wierzchołka wapiennego wzgórza, tym większa szansa na apelację Grand Cru albo co najmniej Premier Cru. Winnice położone u podnóża często muszą się zadowolić apelacjami „wiejskimi”, które zapożyczają swoje nazwy od nazw burgundzkich gmin.

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Białe wino z regionu Cahors

Vin de Pays du Lot o królewskim pochodzeniu

  1. Cháteau de Cayx, La Cigaralle, 2007, apelacja: Vin du Pays du Lot, szczep: Chardonnay, Francja;
    Cháteau de Cayx to posiadłość będąca własnością duńskiej rodziny królewskiej w gminie Cahors. Duńczycy nie trafili tu jednak przypadkowo, a za sprawą pochodzącego z tych stron męża królowej Małgorzaty II, księcia Henryka Laborde de Monpezat. Oczywiście nawet królewskie wpływy nie czynią możliwym produkcji białego wina w Cahors pod zarezerwowaną wyłącznie dla czerwieni apelacją Cahors AC. I w ten sposób skromne regionalne Vin de Pays z departamentu Lot trafiają na królewskie przyjęcia dworu w Kopenhadze.
  2. Wygląd: butelkami z Cháteau de Cayx można by z powodzeniem wbijać gwoździe z tym zastrzeżeniem, że tylko te najlepszej jakości byłyby w stanie to przetrwać.  Butelka jest z tak grubego szkła, że sama w sobie waży prawie kilogram. Co do jej zawartości, to ma ona żółty, dość głęboki kolor;
  3. Nos: po zanurzeniu nosa w kieliszku ten prawie oszalał od nadmiaru wrażeń. Dopadły go niemal jednocześnie morele, cytryny, dojrzałe melony. W sukurs przychodziły im czerwone greipfruty, odrobina mięty i znaczne ilości szałwi. Naprawdę się działo; 
  4. Smak: po takim nosie moje oczekiwania były prawie tak wielkie jak odległość z Cahors do Kopenhagi. I jak to niestety czasami bywa, wino w ustach nie sprostało winu w kieliszku. Oprócz przyjemnej cytrynowej kwasowości niewiele się działo. Dopiero na finiszu dawały o sobie znać morele, brylujące tak przecież w aromacie. Miłym zaskoczeniem była długość wina, która całkiem dzielnie wytrzymywała próbę czasu;
  5. Cena 10,75 Euro. Wąchając to wino rzeczywiście można się poczuć jak na królewskim przyjęciu, tyle że smak La Cigaralle dość stanowczo sprowadza na ziemię. Wino z nosem za 25 Euro i ze smakiem gdzieś za jedną trzecią tej wartości. Podsumowując, całkiem ciekawie i za przyzwoite pieniądze.

    Na zakończenie pozwólcie mi podzielić się następującą refleksją: Nie bójmy się Vin de Pays (przemianowanych stopniowo na Indication Géographique Protégée)! Nie dość że nie gryzą, to jeszcze zdają się być mniej zainteresowane zawartością naszych portfeli.

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Belgijskie wino z Flandrii

Wino z serca Europy

  1. Wijnkasteel Genoels-Elderen, Chardonnay Blauw, 2009, szczep: Chardonnay, apelacja: Haspengouwse AOC, region: Limburgia, Flandria, kraj: Belgia;
    Dlaczego w Belgii więcej wina produkuje się w płaskiej jak stół i położonej na północy kraju Flandrii, a nie w bardziej rolniczej Walonii na południowych stokach Ardenów, pozostanie chyba słodką tajemnicą belgijskich winiarzy. Winiarnia Genoels-Elderen to najstarszy i największy producent wina w Belgii produkująca, nota bene, 110 000 butelek rocznie. Jeśli ktoś do tej pory kojarzył Belgię tylko z piwem to czas, żeby oddał sprawiedliwość belgijskim winiarzom;
  2. Wygląd: zacznę nie od wyglądu wina, a butelki. Tak trudno wina do kieliszka jeszcze mi się nie nalewało, przynajmniej sobie nie przypominam. To wszystko za sprawą szyjki butelki, która grubością przypominała raczej butelkę do mleka. Trzeba nie lada skupienia, żeby Chardonnay trafiło tylko do kieliszka. Poza tym butelka okazuje się dla mnie kłopotliwa po jej opróżnieniu, jako że pojemniki na szkło w moim sąsiedztwie nie przewidują szkła o kolorze… niebieskim. Samo wino miało kolor jasnej cytryny;
  3. Nos: wycofany, ukryty prawie jak informacje o produkcji wina w Belgii. W kieliszku jednak stopniowo się otwierał ujawniając zapachy dębowej beczki, cytryn i odrobiny winogron;
  4. Smak: po trochę zbyt nieśmiałym nosie smak zaatakował z pełnią wiary we własne możliwości. Tony cytryn z odrobiną beczki na finiszu. Mocna kwasowość nie pozwalała znużyć się Chardonnay Blauw nawet na chwilę. Nie wiem czy było to zamiarem Flamandów z Genoels-Elderen, ale wyszło im swoiste połączenie Chablis z Meursault. Oczywiście mam na myśli porównanie pewnych cech wina, a nie ogólnej jakości. Wino spędziło kilka miesięcy we francuskiej beczce co w przypadku białych win odbija się zaraz na aromacie i smaku. Najkrócej rzecz ujmując, wino pachniało jak najtańsze, marketowe Mersault, a smakowało jak średniej klasy Chablis;
  5. Cena: 15 EUR, która potwierdza niestety zasadę, że cena wina rośnie odwrotnie proporcjonalnie do ilości słońca w winnicy. Chardonnay Blauw jest jednak przyzwoitym winem, którego nie powstydziliby się także w winiarskich krajach na południu Europy. Z tą różnicą, że sprzedawaliby je o 5-8 EUR taniej.

    Na zakończenie krótka refleksja o Belgii która, moim zdaniem, jest drugim najlepszym na świecie po Francji miejscem do kupowania win francuskich, takoż luksemburskich po Luksemburgu i prawdziwym rajem dla miłośników (jeśli tacy w ogóle istnieją) win z Flandrii i Walonii.

niedziela, 9 stycznia 2011

Szampan kontra wino musujące

Odwieczna wojna z bąbelkami w tle

  1. Vranken Pommery Monopole (to jeden z szampańskich olbrzymów jakich w tym regionie wielu, 20 milionów butelek rocznie, 4 marki szampana), Pommery Brut Royal, bezrocznikowe, apelacja: Champagne, szczepy: Chardonnay, Pinot Noir, Pinot Meunier, Francja;
    Rotari, Talento Arte Italiana, bezrocznikowe, apelacja: Trento DOC (apelacja dla win musujących w Trentino-Alto Adige), szczepy: 90% Chardonnay, 10% Pinot Noir, Włochy;

    Oba wina są wytwarzane tą samą metodą występującą pod niezliczoną ilością nazw (méthode champenoise, méthode traditionnelle, método tradicional, metodo classico, czy poprostu classic method). Wtórna fermentacja odpowiedzialna za bąbelki następuje w butelce, w przeciwieństwie do win produkowanych méthode Charmat (metodo Martinotti czy tank method) gdzie przeprowadza się ją w wielkich cynkowych kadziach (więcej przystępnie i rzeczowo o rodzajach win musujących w artykule Ewy Rybak). Czyli jest klasycznie i z indywidualnym podejściem (tak, tak, podobno jest to możliwe nawet przy 20 i więcej milionach butelek!) Oba wina dzieli 650 km na mapie i 2 półki w sklepie, czyli około 20 Euro. Przedmeczowym faworytem zdaje się Pommery ale nie raz już byłem świadkiem winiarskich niespodzianek;
  2. Kolor: w obu przypadkach żółty z zielonkawym refleksem. Bąbelki wyraźnie upodobały sobie bardziej kieliszek z Pommery. Jest ich tam nie tylko więcej, ale przede wszystkim utrzymują się znacznie dłużej.  Nawet po 2 godzinach od otwarcia butelki robią tłok w kieliszku. W tym samym czasie kieliszek z Talento wygląda jak centrum handlowe w poniedziałkowe przedpołudnie, czyli coś się dzieje ale tłumów nie ma;
  3. Nos: w Pommery dominują chleb, drożdże i dużo wanilii, dopiero kilka kroków z tyłu zielone kwaśne jabłka i cytryna. Pomimo tego aromat jest zaskakująco intensywny i okrągły (nigdy nie sądziłem, że użyje tego określenia, kojarzonego raczej ze smakiem, do aromatu). Nos odbiera kolejne zapachy, zanim przestaje czuć wcześniejsze. Powoduje to bardzo przyjemne doznanie kompletności. Talento jest bardziej owocowe (czerwone dojrzałe jabłka) z wyczuwalną mineralnością. Zaskakująco mało tu aromatów drożdżowych, biorąc pod uwagę, że wino przez aż 24 miesiące dzieliło jedną butelkę z martwymi drożdżami. W efekcie jest mniej intensywnie i znacznie bardziej płasko;
  4. Smak: Talento atakuje swoją mineralnością. Smakuje jak cysterna ropy naftowej. Ponadto bardzo dojrzałe czerwone jabłka, i jakby emocji było mało, wyczuwalny ostry finisz. Wygląda na to, że przynajmniej w smaku Włosi chcą się odegrać. Pommery odpowiada natomiast zielonymi jabłkami i cytrynami, które szybko przechodzą w bardzo długi maślany finisz. Wino o większej kwasowości niż Talento. Moim jednak zdaniem, odwrotnie niż to miało miejsce w nosie, mniej złożone niż włoski konkurent. Wygląda więc na to, że Kopciuszek wyrównał po przerwie;
  5. Cena: Pommery 29 Euro (w Polsce działa chyba jakieś lobby zwalczające szampany bo wino to znalazłem za 240 PLN!), Talento 10 Euro. Oceniam tę konfrontację prawie remisowo, z lekkim wskazaniem jednak na Pommery, które niewątpliwie jest winem bardziej harmonijnym i eleganckim. Zwłaszcza urzekł mnie nos, który rzeczywiście był co najmniej o klasę lepszy od Talento. Włosi odpowiedzieli natomiast bardziej złożonym (choć nie łatwym przyznam) smakiem.
Kolejny raz okazało się, że wina które z pozoru powinny różnić się niewiele, dzieli znacznie więcej niż mogłoby się wydawać. Są po prostu w innym stylu i daję słowo, że nie umiem odpowiedzieć na pytanie, które chciałbym wypić po raz drugi. To zależałoby od okoliczności i nastroju. Wiem natomiast, za które wolałbym drugi raz nie płacić!
Starajmy się nie oceniać win musujących przez pryzmat ich podobieństwa do szampanów. Spróbujmy dostrzec ich indywidualizm, niepowtarzalność. Zgodzicie się przecież, że gdyby wszyscy nasi znajomi mieli taki sam charakter jak nasz najlepszy przyjaciel, byłoby trochę nudno.
Nie uważam również, że słusznym jest ograniczanie zastosowania win musujących do wznoszenia toastów, a już tym bardziej na Nowy Rok. Dla mnie wina musujące są po prostu jednym z rodzajów win, które w pewnych okolicznościach sprawdzają się lepiej niż inne. Nie widzę powodów dla których miałoby się je pić rzadziej niż np. australijski Shiraz. Polecam na aperitif i to nie tylko w Nowy Rok!