- Dynasty,
Jin Wang Chao, bezrocznikowe, odmiana: ja stawiam na duży udział Cabernet
Sauvignon, region: prawdopodobnie prowincja Shandong (większość winogron
skupowanych przez producenta pochodzi właśnie stamtąd, kraj: Chiny.
W grudniu głośnym echem odbiła się degustacja porównawcza win chińskich i francuskich z regionu Bordeaux przeprowadzona w jednym z pekińskich hoteli. O jej specyfice i wynikach pisać nie będę, za to polecam wszystkim zainteresowanym rzetelne podsumowanie wydarzenia autorstwa Ewy Rybak. W przeciwieństwie do grudniowej degustacji, na której chińskie winiarstwo reprezentowały najlepsze etykiety z Kraju Środka, ja spróbuję dziś chińskiego wina dla ludu (chociaż biorąc pod uwagę nazwę kraju, chyba każde produkowane tam wino można tak określić). Producent Jin Wang Chao o wdzięcznej nazwie Dynasty, zaczął swoją działalność w 1980 roku jako joint-venture winiarskiej firmy z miasta Tianjin z francuskim gigantem Rémy Martin; - Wygląd:
na etykiecie próżno szukać rocznika, regionu, jak i odmiany winogron. Klasyczne
wino stołowe z końca winiarskiego świata. Jin Wang Chao w kieliszku
prezentowało się, jak na stołówkę, niebywale elegancko. Miało głęboki
ciemno – purpurowy kolor;
- Nos: bardzo
wyraźny, monstrualnie przerośnięty wręcz aromat jeżyn i czarnej porzeczki.
Pachniało również świeżo zaoraną ziemią;
- Smak: potężne
taniny i wytrawność przeszywająca niemal do kości. Wygląda na to, że w
Tianjin nawet stołówki robią poważne. To wszystko spowodowało, że pierwszy
raz w życiu dekantowałem wino stołowe. To tak jakby robić rozgrzewkę przed
pójściem spać. Po ponad godzinie okazało się jednak że nie zwariowałem, a Jin
Wang Chao nabrało dzięki dekantacji nieco ogłady. Taniny lekko odpuściły
na rzecz jeżyn i powideł z czarnych porzeczek. Winiarze z Dynasty
podkręcili, w sobie tylko znany magiczny sposób, encyklopedyczne cechy
Cabernet Sauvignon. Było dokładnie tak jak smakuje Cabernet tyle, że z
dwukrotnym natężeniem;
- Cena: jak na chiński produkt przystało cena konkurencyjna - 4 EUR. To zupełnie poprawne wino, którego jakość przewyższa większość win europejskich w tej cenie. Wygląda więc na to, że wina z Chin (piątego pod względem wielkości produkcji winiarskiego kraju świata) wpisują się w ogólną charakterystykę chińskich produktów, czyli poprawnie i niedrogo.
Na zakończenie chciałbym wspomnieć o
dwóch cechach Jin Wang Chao, o których istnieniu dowiedziałem się dopiero
nazajutrz. Wiem o czym myślicie, ale nic z tych rzeczy. Głowa nie przypominała
o swoim istnieniu bardziej niż zwykle, tyle że uświadomiłem sobie, że wypicie
butelki Jin Wang Chao zajęło mi prawie pół dnia i doprawdy nie wiem jaki był
tego powód. Po prostu wolno się je piło. Nie potrafię również wytłumaczyć,
czemu drugie pół dnia zajęło mi pozbywanie się czerwonego osadu w karafce,
która wcześniej nie jedno już przecież przeszła.
Wielu winiarskich przyjemności w
Nowym Roku.
Ciekawa sprawa z tym wiem. Ja Chińskiego nie miałem okazji próbować. U mnie w domu na swoją kolej (wkrótce będzie) czeka wino bez rocznika, o tajemniczej nazwie "Madera" z Indii;) Białe!
OdpowiedzUsuńTwój test przedstawia ciekawe wino za 4 EUR, w Polsce pewnie nie dostępne;( A co do efektu (osad) to chyba jeszcze bardziej zastanawiająca sprawa - może niewiadomo jaka chemia towarzyszy temu winu, stąd niezbyt łatwo poźniej się pozbyć oznak używania tegoż płynu...?!?
Pozdrawiam,
Maciek
@Maciek
OdpowiedzUsuńmoże nie do końca udało mi się to zgrabnie ująć w tym wpisie, ale z tym winem było naprawdę wszystko w porządku. Jeśli tak smakuje stołowe, co wcale mnie nie dziwi, że chińska czołówka walczy jak równy z równym z bordoską drugą ligą.
Co do chemii to 4 dni po wypiciu dalej czuję się dobrze:-)
Czekam na opis Madery z ... Indii;-)
@Piotr. Pewnie w najbliższy weekend przyjdzie czas na Maderę;) Już w tym momencie podejrzewam, że lepszym pomysłem byłoby sięgnięcie po Madeirę :D
OdpowiedzUsuńTa chemia, która może pomóc winu, wcale nie musi Tobie szkodzić. Anyway... Mam nadzieję, że tak nie było :D Dam znać jak zapoznam się z Indiami :D